by G. K. Chesterton
Fragment broszury "Christendom in Dublin", 1932
Tłumaczenie: Jaga Rydzewska
Nieraz słyszymy, że dogmaty chrześcijaństwa stopniowo tracą sens. Jeśli bliżej zbadamy sprawę, odkryjemy, że pogląd ten jest całkiem trafny, jeśli zastosować go do dogmatów demokracji. Najczęściej, zwłaszcza wśród osób zdolnych i wykształconych, jest kwestionowany pewien dogmat Rousseau, zwany "Wolą Ludu". (...) Wola Ludu jest mitem - twierdzą dziś intelektualiści. Nie ma czegoś takiego, bo czy lud może posiadać wolę? (...)
Otóż, nie ulega wątpliwości, że podczas niedawnego Kongresu Eucharystycznego Wola Ludu objawiła się w pełnej postaci i chodziła sobie ulicami. Istniała harmonia w praktyce, bo istniała jedność w teorii. (...) Na Kongresie panował porządek, który nie wynikał tylko z dobrej organizacji. (...) Nikt, kto spoglądał na zgromadzone rzesze, nie pomyliłby ich spokojnego ładu z samym tylko zorganizowaniem. Wielki tłum ludzi pozwolił skutecznie sobą manewrować, bo każdy w tym tłumie gorąco pragnął, aby spotkanie zakończyło się sukcesem. W wielu innych sprawach, łącznie z polityką, ludzie ci różnili się zdaniem, ale w tej jednej sprawie wszyscy chcieli tego samego - to znaczy, okazali Wolę Ludu. (...) Gdyby nikt ich nie zorganizował, sami by się zorganizowali. (...)
Wola Ludu, ten wielki polityczny ideał, może zatem istnieć - ale nie w polityce. Wszystko wskazuje, że stanowi ona wręcz odwrotność dzisiejszej praktycznej polityki, która zajmuje się ustalaniem, w jaki sposób podzielić ludzi, by wypadło mniej więcej po równo, a nie w jaki sposób zjednoczyć ich w sprawach fundamentalnych. (...)
Nic nie potrafi jednoczyć tak jak wspólna wiara - ani udana rewolucja, ani wygrane wybory, ani żadne inne polityczne doświadczenie dostępne dziś na kuli ziemskiej. To, co ujrzałem na Kongresie Eucharystycznym, to była najdosłowniej Chrześcijańska Demokracja - nie nazwa żadnej partii, lecz spontaniczne osiągnięcie wielkich ludzkich mas. (...) Kto wie, może nawet polityczna demokracja odniosłaby w końcu jakiś efekt, gdyby ludzie szli na wybory jak na spotkanie religijne, mając za sobą modlitwę i pokutę, a nie reklamę i kłamstwa? Niestety, chyba za dużo oczekuję, wyobrażając sobie, że każdy kandydat na posła zaczynałby od wyznania swych grzechów, a nie od roztrąbienia swych zalet. Raczej daremne są nadzieje, że najlepszy i najmądrzejszy człowiek w wiosce, rzeczywiście wybrany przez swych ziomków, byłby wywlekany z domu przemocą, po desperackiej walce, i zmuszony do zajęcia miejsca w parlamencie tak jak święty Anzelm został zmuszony, by zostać arcybiskupem Canterbury. (...) Myślę, że tkwi w demokracji pewna głęboko ukryta prawda, ale można by ją ujrzeć dopiero wtedy, gdybyśmy na naszych władców wybierali ludzi, którzy samych siebie uważają za niegodnych sprawowania władzy, ba, nawet niegodnych udziału w wyborach. Tak czy owak, jedno jest pewne: każda rewolucja w dziejach poniosła klęskę wyłącznie dlatego, że zdołała wypełnić zaledwie połowę rewolucyjnej maksymy, zawartej w pieśni "Magnificat". Nieraz bywało, że ruch rewolucyjny mógł się głośno i słusznie chwalić, że znikczemnił wielmożne. Jak dotąd żaden ruch nie może się jednak szczycić, że zrealizował ciąg dalszy: wywyższył, uwielmożnił w pokorę zamożne.
Tekst przedrukowany z
"Naszego Dziennika" za wiedzą i zgodą
redakcji.
"Nasz Dziennik",
piątek, 5 marca 2004 r.