by G. K. Chesterton
Fragment eseju The Thing ze zbioru A Miscellany of Men, 1912.
Tłumaczenie: Jaga Rydzewska
We współczesnych dyskusjach często się wskazuje, że forma religijna nie zawsze łączy się z duchem religijnym. Za mało jednak słyszymy o niezliczonych innych przykładach takiego samego zafałszowania idei, zastygłej już tylko w pustej formie. Zbyt rzadko przypomina się, że tak jak chodzenie do kościoła nie jest tożsame z religijnością, tak też i umiejętność czytania i pisania nie jest wiedzą, zaś głosowanie w wyborach samorządowych nie jest równoznaczne z posiadaniem samorządu.(...)
Samorząd powstał wśród ludzi (być może wśród ludzi pierwotnych, a z pewnością wśród starożytnych) jako pewna idea, która dziś wydaje się tak prosta, że aż niezrozumiała. (...) Idea samorządu oznacza, że obywatele, w rozsądnych ludzkich granicach, mają być panami własnego życia. To do nich należy decyzja, czy zostaną ludźmi pióra czy miecza, pługa czy morza. Mieszkańcy doliny sami powinni rozstrzygać, czy ich dolina ma się zmienić w kopalnię, czy też porosnąć zbożem i winoroślą. Mieszkańcy miasta sami powinni decydować, czy ich miasto ma być szare od rosochatych chat krytych strzechą, czy też błyszczeć w słońcu iglicami kościołów. Z własnej natury i instynktu ludzie powinni gromadzić się pod wodzą patriarchy albo debatować na rozpolitykowanym rynku. A na wypadek nieporozumienia dodaję, że w takiej moralnej atmosferze, w duchu autentycznego samorządu, kobiety zawsze mają równy wpływ jak mężczyźni. Ale w dzisiejszej Anglii ani kobiety, ani mężczyźni nie mają żadnego wpływu. W najbardziej podstawowych sprawach, takich jak kształt otoczenia, w którym mieszkają lub wybór sposobu życia, ludzie są całkowicie bezradni. Mogą tylko stać i patrzeć na zachodzące wokół procesy ekonomiczne, tak jak mogliby stać i patrzeć na świąteczną paradę w stolicy. (...)
Jeśli niebo nad rodzinną ziemią człowieka ciemnieje od spalin, jeśli sprzedają już dach nad jego głową, obywatel powinien mieć tu coś do powiedzenia, skoro podobno współrządzi krajem. Jednak współczesne trendy zmierzają w inną stronę. Toteż nawet gdy grunt usuwa się człowiekowi spod nóg jak podczas potężnego trzęsienia ziemi traktuje się to wyłącznie jak jego prywatny problem, nieistotny dla reszty społeczeństwa. (...) W teorii sprzedaż gruntu lichwiarzowi to pomniejsza i wyjątkowa konieczność. W praktyce jest to równie groźne jak niemiecka inwazja. Czasami to jest niemiecka inwazja.
I na tę bezradną ludność, na tę populację zadziwionych gapiów, regularnie co pięć lat spada coś, co nazywa się wyborami powszechnymi. Staroświeckie osoby żywią przekonanie, że jest to pozostałość jakiegoś systemu samorządu, ale w praktyce polega to na zadawaniu obywatelowi pytań na wszystkie tematy, z wyjątkiem jedynie tych, które obywatel doskonale zna. (...) Zwyczajny obywatel (...) byłby z pewnością - jestem o tym głęboko przekonany - najlepszym sędzią, gdyby go spytano, czy kominy fabryczne mają upiększać niebo za jego własnym oknem, albo czy ziemia w jego wsi ma należeć do głupiego dziedzica lub przebiegłego lichwiarza. Ale to właśnie są sprawy, których oligarchia nie pozwoli mu tknąć palcem. Zamiast tego oddają mu do dyspozycji imperialne brytyjskie przeznaczenie i boską misję, aby mógł, pod ich kierunkiem, wywierać wpływ na sprawy, na których się nie zna.
Tekst przedrukowany z
"Naszego Dziennika" za wiedzą i zgodą
redakcji.
"Nasz Dziennik", piątek, ...