by G. K. Chesterton
Fragment eseju który ukazał się w "The Illustrated London News" 8.03.1930 roku.
Tłumaczenie: Jaga Rydzewska
Spoglądając wstecz na me (...) życie, stwierdzam ze smutkiem, że błądziłem szczególnie przez to, iż czytałem za mało powieści. Mam na myśli powieści współczesne, bo takie starocie, jak Dickens czy Jane Austen są mi, owszem, nieźle znane. (...) Co prawda, choć zaniedbałem się mocno w dziedzinie powieści ambitnych, nadrobiłem to z nawiązką, gdy chodzi o literaturę popularną. (...)
Przeczytałem w życiu setki książek o sensacyjnych tytułach w rodzaju: "Socjalizm: jak z niego wyjść", "Wyższe sfery: jak do nich wejść", "Japończycy rzucają nowe światło na mit Pawła z Tarsu", (...) "Ojcobójstwo nową drogą postępu", "Problem autostrad na przykładzie Grenlandii", "Czy musimy pić?", "Czy powinniśmy jeść?", "Czy my w ogóle oddychamy?" (...), a także: "Kto zabił Humphreya Higgleswicka?", "Krew na spinaczu", "Tajemnica zaginionej wykałaczki" - i tak dalej, i tak dalej. (...)
Próbowałem kiedyś czytać ambitne powieści, lecz niestety, pogubiłem się. (...) Powieść powinna mieć jakiś cel. Nie chodzi mi o tezę ani morał, ale o myśl przewodnią, o taką konstrukcję, która utrzymuje fabułę w określonym kształcie, jak kręgosłup, i mierzy w konkretną stronę jak strzała. Powieść powinna dokądś zmierzać lub chociaż na coś wskazywać; a jej zakończenie powinno przynosić jakiś owoc. Wiele powieści popularnych zachowało tę planową budowę, zatraconą przez wiele powieści ambitnych. Bądź co bądź, autor, który zaczyna od pytania, kto zabił Humphreya Higgleswicka, musi w końcu na to pytanie odpowiedzieć. Ale ambitny pisarz zadaje pytania, na które nie odpowiada; i zresztą słusznie, bo nie ma po temu żadnych kompetencji. (...)
Tacy pisarze spoglądają z góry na sentymentalne romanse, które zawsze kończą się szczęśliwie do wtóru kościelnych dzwonów. Lecz w świetle najwyższych standardów dawnej, wielkiej literatury, jak tragedie greckie czy antyczna epika, w gruncie rzeczy to romans przewyższa powieść ambitną. Romans stawia sobie określony cel - małżeństwo dwojga bohaterów, z bardzo ważną kulminacją w postaci przysięgi składanej przed Bogiem i założenia rodziny - zaś wszystko, co dzieje się przedtem, absorbuje czytelnika, bo różnymi drogami prowadzi do tego celu; przy czym, zgodnie z założeniem, jest to cel sam w sobie szczytny i piękny. Tymczasem ludzie nowocześni odtrącili zarówno religijne przysięgi, jak i romantyczne nadzieje - i to zniszczyło nowoczesną powieść, która zaczęła przypominać bezkształtny worek kości, pozbawiony moralnego kręgosłupa. W efekcie jesteśmy raczeni detalami jednej idiotycznej namiętności za drugą (...).
Dzisiejsza powieść (...) zajmuje się szczegółowym, mikroskopowo dokładnym opisywaniem bezsensownych działań i jałowych apetytów seksualnych. No cóż, nie są to sprawy specjalnie interesujące dla człowieka w średnim wieku, który ma masę innych problemów. Dawna literatura, czy to wielka, czy kiepska, opierała się na idei, że życie ma jakiś cel, nawet jeśli nie zawsze udaje się go osiągnąć, i że ciekawe jest śledzenie kolejnych etapów na drodze do tego celu. (...) Dzisiejsza ambitna literatura jest sucha i martwa, bo materialistyczny światopogląd wyssał z niej całe życie. Rozpływa się w nieforemności, rozpada się w szwach - i bardziej niż pogardzane romanse zasługuje na nazwę tandety.
Tekst przedrukowany z
"Naszego Dziennika" za wiedzą i zgodą
redakcji.
"Nasz Dziennik",
piątek, 15 września 2006 r.