by G. K. Chesterton
Fragment eseju "The Philosophy of Islands" ze zbioru "The Spice of Life", 1965. W stosunku do oryginału została odwrócona kolejność dwóch ostatnich akapitów.
Tłumaczenie: Jaga Rydzewska
Wyobraźmy sobie, że podczas jakiejś planetarnej koniunkcji spadła z Marsa na Ziemię istota o kształtach kompletnie obcych i nieznanych, tak że wszystkie nasze domysły na temat jej struktury byłyby z konieczności oparte na zgadywaniu, bo nie wiedzielibyśmy nawet, gdzie kończy się istota, a zaczyna się jej strój. Byłoby, owszem, widać, że posiada gdzieś u góry sześć czerwonych, krzaczastych wypustek, ale nie mielibyśmy pojęcia, czy to przyzwoite marsjańskie nakrycie głowy, czy może sama głowa. (...)
Taką nieznaną istotą od początku świata jest człowiek. Ludzie nigdy nie mogli się zgodzić, co należy do jego własnej natury, a co jest w nim sztuczne i całkiem przypadkowe. (...) Jedni twierdzili, że to naturalne, gdy człowiek modli się do Boga; inni byli zdania, że człowiek w stanie naturalnym jest ateistą; jedni myśleli, że tylko picie wody jest zgodne z ludzką naturą, inni uważali, że zgodne z naturą jest też picie wina; jedni głosili, że ludzie z natury są równi, inni upierali się, że wręcz przeciwnie; jedni sądzili, że człowiek wykazuje przyrodzone posłuszeństwo wobec władzy, inni - że człowiek z natury swej powinien zabijać królów. (...)
Mamy chyba skłonność, by dystansować się od tego, co w nas naturalne, gdyż na ludzi, którzy są bliżej natury, patrzymy jak na stworzenia dziwne i nawet przerażające. Można dla przykładu wskazać trzy klasy takich ludzi: dzieci, biedacy i do pewnego stopnia (...) również kobiety. To dlatego już od zarania literatury mężczyźni piszą o kobietach, jakby były mniej lub bardziej szalone. Kobiety są po prostu naturalne, podczas gdy mężczyźni, z ich formalizmem i teoriami społecznymi, są bardzo sztuczni. To samo dotyczy dzieci. Dzieci to po prostu takie istoty ludzkie, którym wolno robić coś, czego w głębi ducha pragną dorośli - na przykład puszczać latawce albo, kiedy czują się skrzywdzone, emitować głośne i przeciągłe dźwięki. (...)
Patrząc na dziecko jako na okaz ludzkiego zwierzęcia, nieskażonego wpływami kultury, zobaczymy, że jako pierwsze pojawiają się u niego te właśnie cechy, które, jak twierdzą świeccy myśliciele, są wyrafinowanym skutkiem cywilizacji i powinny pojawić się na samym końcu. Dziecko posiada na przykład upodobanie do zawiłych i powtarzających się ceremonii, które jest tak instynktowne jak głód; maluch doprasza się rytuałów jak jedzenia i picia. (...)
Jeśli chodzi o kobiety, stoicy i przedstawiciele wczesnego Kościoła mówili o nich zbiorczo, jakby chodziło o instytucję, i często dochodzili do wniosku, że przydałoby się tę instytucję zlikwidować. Na tej samej zasadzie współczesne feministki mówią zbiorczo o mężczyznach, jakby chodziło o instytucję, i zwykle dochodzą do wniosku, że trzeba tę instytucję obalić. Ktoś powinien wskazać im nieśmiało, że ani mężczyźni, ani kobiety nie są instytucją, lecz różnorakimi stworzeniami, całkiem naturalnymi i spotykanymi dosłownie na każdym kroku.
Tekst przedrukowany z
"Naszego Dziennika" za wiedzą i zgodą
redakcji.
"Nasz Dziennik",
piątek, 11 lutego 2005 r.