by G. K. Chesterton
Fragment eseju "The Decay of Honour", który ukazał się w "G.K.'s Weekly" 23.01.1932 r.
Tłumaczenie: Jaga Rydzewska
Jedną z naprawdę osobliwych cech, przejawianych przez naszych postępowych dziennikarzy, jest ta naiwna, świeża i całkiem szczera duma, z jaką demonstrują niestałość własnych poglądów i błędność własnych przewidywań. (...) Najpierw krzyczą, że tylko Jones może ocalić świat; potem ogłaszają, że Jones jest najgorszym głupcem na świecie; i nie przychodzi im w ogóle do głowy, że ktoś mógłby zauważyć: "Skoro tak, sami też musicie być głupi, bo uważaliście go za mędrca". (...)
Krótko mówiąc, tacy ludzie nie pojmują, że ludzkość, generalnie biorąc, żywi pewien respekt dla konsekwentnych przekonań. Trudno się dziwić, że zatracili też respekt dla takiej duchowej konsekwencji, którą kiedyś nazywano prawością. Najprostsza jej postać polega na tym, że człowiek prawy nie łamie obietnicy; a jeśli przewiduje, że ją złamie, to jej nie składa.
Na tym właśnie opiera się przysięga małżeńska; i ciekawe, że nikt pod tym kątem nie patrzy dziś na małżeństwo. Pewien dziennikarz rozdziera szaty nad rozwodnikami, którzy nie zostali uznani za winnych rozwodu, lecz nie mogą już wziąć ślubu kościelnego. (...) A przecież przysięgali (...), biorąc Boga na świadka, że będą drugiej osobie wierni póki śmierć ich nie rozłączy. (...) Prawo cywilne oficjalnie pozwala na złamanie tej przysięgi. Ale ci ludzie czują się wielce dotknięci, bo nie wolno im złożyć drugiej przysięgi, która pogwałciłaby i złamała tę pierwszą, w tym samym miejscu, gdzie i pierwszą złożyli.
Zwolennicy rozwodów odpowiedzą pewnie, że takie dozgonne śluby wierności są zbyt surowe i powinny zostać złagodzone. Jeśli tak myślą, mają znakomity powód (...) by nie brać ślubu kościelnego. (...) Ale zwolennik rozwodów to człowiek, który nie aprobuje kościelnych przysiąg, toteż domaga się, by mógł je złożyć; kiedy je złoży, domaga się, by mógł je złamać; kiedy je złamie, domaga się takiego samego błogosławieństwa dla ich złamania jak dla ich złożenia; a w końcu gotów składać te przysięgi raz po raz, bo już przecież odkrył, jak łatwo je lekceważyć.
To, co mnie niepokoi (...), to właśnie ta olbrzymia i przerażająca luka, która zionie we współczesnym poczuciu rzetelności i odpowiedzialności. Dyskutując o małżeństwach i rozwodach, wymienia się tysiąc różnych aspektów, lecz nikt nawet się nie zająknie o kwestii dotrzymania lub niedotrzymania słowa. Małżeństwo bywa rozważane w relacji do szczęścia, do konwenansu, do wolności, do legalności. Ale nikomu do głowy nie przyjdzie, nawet przypadkiem i niechcący, że można by je w ogóle rozważać w relacji do honoru.
Tekst przedrukowany z
"Naszego Dziennika" za wiedzą i zgodą
redakcji.
"Nasz Dziennik",
piątek, 9 lipca 2004 r.